Aktualności

Maraton pod dachem świata

Dwaj poznaniacy – ortopeda z Rehasport Clinic dr Tomasz Owczarski oraz jego pacjent Krzysztof Stępień spełnili kilka tygodni temu swoje marzenie – ukończyli Tenzing Hillary Everest Marathon. Co w tym jest niesamowitego? Choćby to, że start do biegu następuje na wysokości 5364 m n.p.m.!
Tenzing Hillary Everest Marathon to „najwyższy” bieg na świecie – odbywa się u podnóża Mt. Everestu. Co roku startuje w nim około 150 osób, ale tylko połowę stanowią obcokrajowcy. To bieg wyjątkowy – także dla Nepalczyków, którzy przygotowują o nim specjalne programy telewizyjne. Polacy startują rzadko – w ubiegłym roku do biegu przystąpił jeden nasz rodak, w tym byli to tylko dr Tomasz Owczarski, ortopeda z Rehasport Clinic, oraz jego pacjent Krzysztof Stępień.

ever00

Krzysztof Stępień i Tomasz Owczarski podczas trekkingu do bazy pod Mt. Everest

Wracając już przez Luklę do Katmandu, obaj poznaniacy spotkali podróżniczkę Monikę Witkowską, która jako dziesiąta Polka (a 37. osoba polskiej narodowości) zdobyła kilka dni wcześniej Mt. Everest. –  Niesamowity bieg – nie widziałam, ale mogę sobie wyobrazić – trasę którą trekerzy pokonują w ciągu 2-3 dni (bo kamienie, potoki, karawany jaków po drodze etc., nie mówiąc o tym że teraz jeszcze ślisko), najlepsi biegacze (fakt, zwyciężają zawsze miejscowi) robią w 3,5 godziny! – napisała na swoim blogu z wyprawy Witkowska, która cieszyła się ze spotkania rodaków. – Ona mówiła nam, że przebiegnięcie tego dystansu w tym miejscu jest dla niej niewyobrażalne. Dla nas niewyobrażalne było to, że można na tę górę wejść – stwierdził lekarz z Rehasport Clinic.

ever01

Obaj maratończycy podczas tzw. próbnego startu

A co dr Owczarski powiedział po powrocie do Polski?
O swoim kumplu i partnerze z wyprawy do Nepalu Krzysztofie Stępniu:
Kumpel, to dobre słowo. Biegłem ze swoim pacjentem, a to może pewnie dziwić. Krzysztof jest ode mnie lepszy, ale tym razem nie miał chyba dnia i go wyprzedziłem.
Lubię biegać, on też lubi. Przyszedł do mnie kiedyś z problemem kończyn dolnych. Jego warunkiem poddania się kuracji było to, że będzie mógł biegać. Generalnie całe leczenie udało się przeprowadzić zachowawczo, a praca z fizjoterapeutami dała dobre wyniki. W czasie jednej z wizyt okazało się, że Krzysiek biega, ale niekoniecznie w tych rywalizacjach ulicznych. Woli biegi z przygodami, np. Maraton Sahary. Zainteresowałem się tematem, zapytał mnie: co doktor sądzi o Himalajach? Nie byliśmy jeszcze na „ty”. Popatrzyłem, a było to chyba w październiku zeszłego roku, pomyślałem i powiedziałem: nieźle, możemy spróbować.

ever06

Dr Owczarski w miejscu, w którym rozpoczyna się „najwyższy” maraton świata

O przygotowaniach do startu:
Z Krzysztofem kontaktowaliśmy się cały czas przez pocztę elektroniczną. Niby mieszkamy w jednym mieście, ale każdy z nas ma masę obowiązków. On swoją firmę, a ja operacje, wizyty pacjentów i tak w kółko. Widzieliśmy się chyba ze trzy, cztery razy. Nikomu się nie chwaliłem, bo nie wiedziałem, czy dam radę dobiec do mety.
Krzysztof opracował plan przygotowań. Nie mieliśmy czasu by pojechać w góry, ale była rozpiska kilometrów czy godzin treningowych w każdym tygodniu. On potraktował to bardziej profesjonalnie, ja biegałem gdy tylko miałem wolny czas. Starałem się wykorzystywać każdą chwilę, by w nogach mieć te 30 do 60 km tygodniowo. Część przygotowań musiałem odbyć na bieżni: miałem wolną godzinkę między operacjami, to biegałem, później szybki prysznic i znów do pacjentów. Jeździłem także w okolice Promna, by tam są górki, na Morasko, nad Maltę czy Rusałkę. To musiało wystarczyć.

ever02

Ku pamięci wybitnych polskich himalaistów

O maratonie w Nepalu:
Nepalczycy przygotowują go bardzo profesjonalnie. Jest specjalny briefing, ceremonia, wszystkich obcokrajowców dzieli się na cztery teamy, w każdym jest ok. 20 osób. Taka grupa ma też swojego kucharza oraz lekarza, choć osób z tej specjalności to akurat w naszej ekipie było cztery czy pięć. Zanim zaczniemy myśleć o bieganiu, trzeba odbyć trekking. Szliśmy z Lukli do bazy pod Mt. Everestem ponad dziesięć dni, ale wszystko jest tak zorganizowane, by dziennie nie pokonywać więcej niż 400 metrów w górę. Chodzi o odpowiednią adaptację, choć objawy choroby wysokościowej i tak u każdego się objawiły.
Spośród tych co wyszli z Lukli, do startu nie przystąpiło jakieś 15 procent. Trekking daje w kość, warunki  są dość trudne, spanie w namiotach, mycie się w miskach itp. Po drodze w niektórych wioskach są prysznice na baterie słoneczne – można zapłacić i się wykąpać. A tu jak na złość akurat słońca nie było. Jedzenie jest dość proste, mało świeżych warzyw czy mięsa – w mojej grupie trzy osoby dość poważnie się struły. Przez dwa dni mocno cierpiały, ale w biegu wystartowały.
Punktem docelowym był Everest Base Camp, położony na wysokości 5364 m, ostatnie miejsce przed czterema obozami na Mt. Evereście. To jedyny bieg, którego uczestnicy mają prawo stamtąd startować. Jak to wygląda? Kilkanaście namiotów poustawianych na ruszającym się lodowcu. Ranem te namioty robiły się białe. Australijczycy zobaczyli śnieg pierwszy raz w życiu. Dziwili się, że nie jest taki miły jak w telewizji.
Lodowce czasem pękają, jak to się stanie gdzieś blisko, to jest huk. Może to przeszkadzać w nocy, gdy szukasz odpoczynku przed kolejnym ciężkim dniem w Himalajach. O całych przespanych nocach na tej wysokości nie ma nawet co marzyć. Jak wyjdziesz z namiotu, to nie dość, że trzeba uważać by się nie przewrócić na lodzie, to jeszcze przystawać co kilka kroków by zaczerpnąć powietrza.

ever03

W śpiworze w namiocie jest ciepło, na zewnątrz temperatura spada do 10 stopni poniżej zera

O sprzęcie do biegania:
Przed wyjazdem zainwestowałem tylko w buty do biegania, doradzał mi zresztą także mój pacjent. Ciuchów żadnych nie kupowałem, zabrałem te lekko zużyte, ale dobrze dopasowane, bo wiedziałem, że bieg potrwa kilka godzin i chciałem się dobrze czuć. Miałem bieliznę termoaktywną, ochronną kurtkę wiatrową, długie spodnie. Wszyscy biegliśmy z plecakami, mniejszymi lub większymi. Oprócz wody miałem też dodatkowe ubrania.

O samym biegu:
Pobudka nastąpiła przed godziną szóstą, a start był o siódmej. Na starcie pojawiliśmy się w kurtkach puchowych i czapkach. Tuż przed sygnałem zrzuciliśmy to, Szerpowie spakowali rzeczy w worki i zabrali ze sobą. Trzeba mieć ze sobą jakąś czapkę. Jak się leci w dół z wysokości 5400 m i wyjdzie słońce, to można po chwili dostać porażenia. Jeżeli jednak na niebie pojawi się chmura czy jakaś mgła, to temperatura w chwilę zmniejsza sie o kilkanaście stopni. Gdy wyruszaliśmy z Everest Base Camp, było kilka stopni poniżej zera. Kilka godzin później było już w słońcu ze 30 w plusie.
Do półmetka, czyli pierwsze 21 kilometrów, dobiegłem w jakieś trzy godziny. Byłem zadowolony, myślałem, że nie będzie już źle. Chwilę później zrobiło się jednak bardzo zimno, chmura zasłoniła słońce i już nie biegło się tak fajnie. Po płaskim terenie biegłem dobrze, z góry w dół dość wolno, ale pod górę momentami było całkiem przyjemnie. Na trzydziestym którymś kilometrze, przy klasztorze, zbiega się 600 metrów w dół do rzeki, przekracza tę rzekę mostem wiszącym, a później jest 500 metrów w górę zygzakiem. To prawie prosta ściana, tam dopadł mnie kryzys. Nie wiem, czy to był 35. czy 37. kilometr. Niemniej zbiega się też ostro, podłoże jest kamienisto-piaszczyste i łatwo stracić równowagę. Do tego mięśnie czworogłowe bolą, a po chwili masz już przed sobą tę ścianę. To mnie wybiło z rytmu. Może Szerpowie truchtem wbiegają pod tę górę, ale ja tylko wchodziłem.
Później też jest jeszcze lekko pod górę, a dopiero do Namche Bazaar zbiega się w dół. Wtedy jest już OK, wiesz, że meta blisko, masz adrenalinę. Coś niesamowitego jest w tym biegu, że niby startuje 150 osób, a prawie cały czas biegniesz sam. Ten trud tworzy taką fajną atmosferę, jesteś sam ze sobą.

ever04

Poranek w bazie pod najwyższym szczytem świata

O Szerpach, którzy zawsze zwyciężają:
Ten bieg jest w Nepalu ważnym wydarzeniem. Sami się o tym przekonaliśmy. Dzień przed faktycznym startem następuje próbny start, kręci to telewizja. Szerpowie nie mają sobie równych. Idąc do Everest Base Camp śmialiśmy się, że obcokrajowcy mają świetne buty najlepszych marek świata, znakomitą odzież, profesjonalny sprzęt i mały plecaczek. Do tego sapią i co chwile odpoczywają. A obok idzie Szerpa w crocsach, trampkach czy hawajkach, taszczy na grzebiecie trzy twoje torby i cię wyprzedza. Oni po prostu tam żyją, są przyzwyczajeni. A w biegu to tak naprawdę mają swoją klasyfikację.

O kolejnych wyzwaniach:
Myśleliśmy już o nich, mamy jakieś plany. Jak się odpowiednio poszuka, to zawodów biegowych „z charakterem” nie jest wcale tak mało. Może też uda nam się zrobić spotkanie w Poznaniu tych, którzy biegli w naszym teamie w Nepalu.
Wysłuchał Andrzej Grupa

ever05

Mt. Everest Base Camp – bardzo malownicze miejsce

* Dr Tomasz Owczarski przebiegł Tenzing Hillary Everest Marathon w czasie 8 godzin i 35 minut – dało mu to 77. miejsce ogólnie, a 32. wśród obcokrajowców. Krzysztof Stępień uzyskał czas 9 godzin i 5 minut – oznaczało to 89. lokatę ogólnie i 43 wśród obcokrajowców. Do mety dotarło 134 zawodniczek i zawodników. Zwyciężył Nepalczyk Ram Kumar Raj Bhandari z czasem 3 godz. 59 minut. Najlepszym zawodnikiem zagranicznym był Holender Gerrit Voortman – 6 godz. i 18 minut.

Autorem wszystkich zdjęć jest Krzysztof Stępień. Relację pana Krzysztofa z wyjazdu do Nepalu można przeczytać tutaj.